Mosiele Africa #10 – Matatu – Afryka w pigułce

Dziś kilka słów o pewnym zjawisku które nazywa się Matatu. Czym jest Matatu? To pojazd prywatnej komunikacji, nazwa matatu pochodzi z języka suahili, w którym tatu znaczy trzy – gdy w latach 60. XX w. na ulicach miast zaczęły się pojawiać pierwsze takie pojazdy, cena za kurs wynosiła 3 centy. Matatu to busik który przewozi ludzi z punktu A do punktu B. Ale byłoby to karygodne wręcz uproszczenie gdybyśmy to tak zostawili. Matatu nie mają ustalonych tras, trasa zmienia się w zależności od tego który pasażer gdzie chcę dojechać. Oto przykład – czarny „Kowalski” stoi na ulicy i macha by Matatu zatrzymał się (oczywiście nie ma przystanków). Wsiada a nierzadko wskakuje w biegu, bo Matatu przecież musi być w ciągłym ruchu – stojąc nie zarabia! I ten przykładowy czarny „Kowalski” mówi gdzie chce jechać i jeżeli jest to mniej więcej po drodze gdzie wcześniejsi czarni „Kowalscy” jadą to wszyscy podróżują razem. Ale jeżeli ten nowy, czarny „Kowalski” chcę jechać gdzieś w bok, to co robi kierowca Matatu? Primo: albo podrzuca nowego do kolejnego Matatu i tam przekazuje go swojemu koledze (nierzadko na trasie z punku A do punktu B następuje kilkukrotne przekazanie pasażera). Secundo: oczywiście kierowca koryguje trasę tak by ten nowy czarny „Kowalski” dojechał tam gdzie chce. Po drodze może nastąpić kolejna korekta kursu bo przecież na nowej trasie, Matatu zabiera kolejnych czarnych „Kowalskich” którzy też przecież gdzieś chcą dojechać. Najbardziej niewiarygodne w tym wszystkim jest to że wszyscy pasażerowie w końcu docierają na miejsce, nawet ci co jadą od samego początku. O ile w ogóle można mówić tu o jakimkolwiek początku. To prawdziwy fenomen!

Ale to wciąż nie wszystko, to nawet nie półprawda o Matatu. Kolejną rzeczą którą trzeba powiedzieć to ilość osób jaka może jechać Matatu. Odpowiedź jest wręcz banalna – tylu ilu udało się wsiąść do środka! A że jeden jedzie na kolanach drugiego? To tylko zacieśnia więzi społeczne. Co się dzieje gdy już do środka nikt nie może się zmieścić? To też wydaje się oczywiste – po prostu można przytrzymać się otwartych drzwi albo stać na zderzaku i trzymać się bagażnika dachowego. No bo każde porządne Matatu musi mieć bagażnik dachowy – nigdy nie wiadomo czy nie trafi się klient z ponadnormatywnym bagażem (np. owcą, kozą, zestawem mebli albo kominem kuchennym). Warto też nabyć umiejętność przesiadania się w czasie jazdy z tyłu do przodu przez, jak już wspomniałem, otwarte drzwi. Na własne oczy widziałem jak bardzo poprawia się wtedy komfort jazdy takiego czarnego „Kowalskiego” który posiadł tę umiejętność.

Coś jeszcze? Oczywiście stan techniczny Matatu to opowieść która mogłaby posłużyć za scenariusz filmu SF. W największym uproszczeniu można stwierdzić że, im gorzej tym chyba lepiej i z pewnością niemożliwym jest wybranie takiego Matatu, którego stan techniczny byłby najgorszy. To że większość Matatu jeździ przeczy podstawowym prawo mechaniki i fizyki w ogóle. Silnik na wierzchu? Spoko trzeba tylko uważać by nie dotknąć przez przypadek, bo można się oparzyć. Ja niestety nieopatrznie lekko się oparzyłem. Albo że spaliny lecą do środka zamiast na zewnątrz? To w sumie zbawienie dla tych pasażerów którzy siedzą z przodu gdyż zapach spalin w pewnej mierze neutralizuje smród ryb, które wcześniej były przewożone z tyłu. W tym miejscu mała dygresja dla kolejnych Mzungu: jak chcesz otworzyć okno to pamiętaj żeby usiąść za statystycznym czarnym „Kowalskim”, który ma bardzo krótkie włosy. W innym razie włosy współpasażera będziesz miał na swojej twarzy.
Czy można coś jeszcze dodać? Oczywiście! Przecież nie wolno skwitować tematu Matatu tak szybko. To byłaby jawna niesprawiedliwość! Cóż więc jeszcze? Cena! Tę warto wynegocjować na samym początku podróży bo potem może być problem co niestety znacznie przedłuża czas jazdy współpasażerów ale na szczęście w Afryce nikt się nie spieszy.

Czym więc jest Matatu? Matatu to taka Afryka w pigułce. Być w Afryce i nie przejechać się Matatu to tak naprawdę nigdy nie dowiedzieć się czym tak rzeczywiście jest Matatu i czym jest Afryka.

I na koniec – nasz kierowca Matatu w Jinji (Uganda) po około 10 minutach jazdy zapytał nas, z rozbrajająca szczerością czy może przez przypadek wiemy jak dojechać na miejsce gdzie jest nasz camping, bo on niestety nie bardzo wie. Na szczęście my też nie wiedzieliśmy dzięki czemu zwiedziliśmy nie tylko samo miasto, ale także i okolice. I to za 5 dolarów od osoby!

Mzungu Roland Bury

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *