Beczka wina, obcięte ucho – czyli demokracja szlachecka XVIII wieku w krzywym zwierciadle

Mijająca 231 rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja to okazja do refleksji nad kształtem demokracji w Rzeczpospolitej w dawnych czasach. Jeżeli ktoś z Was, Czytelnicy, jest oburzony zachowaniem członków rady gminny, radnych powiatowych, czy też posłów na sejm niech przeczyta ten artykuł, by zobaczyć jak bywało kiedyś….

W dawnej Rzeczpospolitej, tej sprzed rozbiorów (w latach 1772, 1793, 1795), prawo wyborcze przysługiwało członkom stanu szlacheckiego płci męskiej. W zależności od regionu Rzeczpospolitej, jej odsetek wahał się od zaledwie około 1,5% w niektórych rejonach w Małopolsce, po 10-15% ogółu mieszkańców na północnym Mazowszu. Po odjęciu kobiet i dzieci wychodzi nam, iż czynne i bierne prawa wyborcze były przywilejem około 2-3% mieszkańców kraju. Jak na dzisiejsze standardy stanowi to niewielką część ogółu (przykładowo w wyborach parlamentarnych z roku 2019 zagłosowało 18 678 tys. Polaków, co stanowiło 48% ogółu mieszkańców Rzeczpospolitej), jednak jak na ówczesne czasy stawiało to nasz kraj w awangardzie państw dających swoim obywatelom prawo udziału w polityce.

Patrząc na moją rodzinną, niewielką ziemię wyszogrodzką, mówimy o męskich członkach około 200 rodzin szlacheckich, którzy mieli prawo głosu. Stąd możemy powiedzieć, że szansa bycia wybranym posłem była znaczna. W ziemi wyszogrodzkiej nieraz wystarczało poparcie zaledwie 50 osób, by zostać wybranym jako poseł. Częstym sposobem uzyskania wymaganego poparcia było kupowanie głosów. Korumpowanie braci szlacheckiej odbywało się poprzez urządzanie suto zakrapianych alkoholem uczt, podczas których w zamian za jadło i napitek oraz czasem niewielkie upominki, kupowano poparcie niezamożnej szlachty. Niestety zdarzało się, że beczka wina potrafiła więcej zdziałać niż moc argumentów.

W XVIII wieku korupcja polityczna odbywała się na każdym piętrze i była efektem klientelizmu, systemu opartego na „nierównej przyjaźni” patronów i ich klientów. Zagraniczni posłowie kupowali poparcie magnatów, magnaci kupowali poparcie średniej szlachty, ta zaś szlachty gołoty. O ile zamożny szlachcic na Mazowszu za zorganizowanie poparcia lokalnej szlachty dla konkretnego kandydata na elekcji dostać mógł od magnata równowartość swojego rocznego dochodu, to dla ubogiej szlachty musiała wystarczyć obietnica przychylności przy rozliczaniu dzierżawy lub udział w uczcie. Naprzeciw temu problemowi szły postanowienia Sejmu Wielkiego, który odbierając prawa wyborcze szlachcie gołocie, jako łatwiej do korumpowania, ograniczał je tylko do zamożniejszej części szlachty. Co ciekawe, właśnie łamanie zasad demokracji zarzucali zwolennikom Konstytucji 3 Maja jej przeciwnicy na pensji Rosji.

Podczas sejmików odbywających się w ziemiach Rzeczpospolitej szlachta wybierała spomiędzy siebie przedstawicieli na sejm krajowy, który odbywał się naprzemiennie w Warszawie i Grodnie (obecnie Białoruś). Sejmiki ziemskie odbywały się w kościołach. Na czas obrad ksiądz wynosił z kościoła Najświętszy Sakrament tak, aby nie doszło do świętokradztwa. Przykładowo, szlachta ziemi wyszogrodzkiej obradowała w kościele parafialnym wybierając zwyczajowo dwóch posłów. Pytaniem, które można zadać jest to, czemu akurat w kościołach się spotykano? Cóż, odpowiedź jest prosta. Były one w tamtych czasach największymi obiektami krytymi dachem, w których łatwo mogła się pomieścić przybyła szlachta.

Ludzie wybierani posłami musieli mieć określone przymioty. Musieli być znani lokalnej społeczności, cieszyć się jej zaufaniem, posiadać dar pięknego wysławiania się oraz dysponować odpowiednim majątkiem tak, aby być wstanie utrzymać się podczas trwania sejmu (obrady trwały 6 tygodni). Z zasady ich praca była darmowa. Posłowie dostawali od szlachty zgromadzonej na sejmiku instrukcje poselskie, które wskazywały im jak na danym sejmie mają głosować. Po sejmie byli rozliczani przez swych sąsiadów ze swojej działalności i biada była temu posłowi, który sprzeniewierzył się instrukcjom wyborczym.

Obrady sejmików ziemskich potrafiły mieć burzliwy charakter. Przykładowo na sejmiku ziemi warszawskiej, z ostatnich lat XVII wieku, podczas obrad doszło do kłótni pomiędzy przybyłymi. Ta zaś przerodziła się w awanturę, którą jeden z przybyłych szlachciców przypłacił odciętym uchem i skradzioną czapką z futra soboli (sympatyczne zwierzątko podobne do kuny), która była zdobiona „klejnotem brylantowym”. Co zabawne, okaleczony szlachcic po całym zajściu skarżąc się do sądu nie miał żalu za obcięte ucho, które jak uważał, miał prawo jego przeciwnik (a mój ileś tam razy pradziad) uciąć mu szablą, a jedynie skarżył się na kradzież nakrycia głowy o znacznej wartości (na dzisiejsze złote – przeszło kilkunastu tysięcy).

Wspomnienia o burdach na sejmikach ziemskich i pociętych szablami szlachcicach pojawiają się w relacjach ze wszystkich ziem dawnej Rzeczpospolitej, jednak gdy spojrzymy na całą sprawę w ujęciu statystycznym widać jednak, że burdy nie były normą, a raczej wyjątkiem. Czemu się zresztą dziwić, gdzie duża ilość uzbrojonych mężczyzn, pod wpływem alkoholu i pełnych emocji, tam często dochodzi do użycia siły.

Czy zatem demokracja szlachecka była gorsza niż ta, którą mamy obecnie? Myślę, że gdy będziemy ze zgorszeniem myśleć o kolejnej awanturze na radzie powiatu lub skandalu korupcyjnym przy wyborze radnych, warto pomyśleć, że wszystko to już było. Czego by nie mówić, to o demokracji starożytni greccy filozofowie mówili, że jest jednym z najgorszych systemów, ale nadal lepszym niż rządy oligarchów czy tyrania.

Michał Korwin-Szymanowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.