Podróże z Michałem (cz.5)

Każdy dzień na takiej wycieczce jest trochę inny, ale są pewne elementy wspólne. Jednym z nich jest to, że codziennie wieczorem, kiedy mamy już pełne brzuszki regionalnych specjałów, a gardła zwilżone płynami adekwatnym do naszego wieku (ja przykładowo piwami kraftowymi, których w tym rejonie produkuje się wyjątkowo dużo i zacnie) siadamy i spisujemy wspomnienia z danego dnia. Tworzymy nasze opowieści; każdy własną: i ja, i żona, i moje dzieci. Zapisujemy w notatnikach nasze przemyślenia, opisujemy to, co było dla nas piękne, wklejamy czasem fragmenty biletów, broszur turystycznych, tak, by stworzyć album, który potem jest dla nas pamiątką i sposobem na powrót do pewnych wspomnień.

Dzisiaj pojechaliśmy do Przemyśla.  To malownicze miasto, które większość z nas kojarzy z pomocą uchodźcom z Ukrainy. I my nie mieliśmy szczególnych skojarzeń z tym miastem. Na miejsce przybyliśmy o 10:00 rano. 

Przemyśl to miejsce, gdzie znajdują się dwie katedry (katolicka i grekokatolicka) i jak chyba wszędzie tutaj, tzn. w miastach na dawnym szlaku handlowym znad Morza Czarnego,  znajdują się liczne kościoły, klasztory, miejskie mury fundowane przez pracowitych mieszczan i dumnych magnatów. Obiekty te położone są na wzgórzach, pomiędzy którymi wije się San.

Tym razem nie skupialiśmy się jednak na architekturze; odwiedziliśmy muzeum fajek. Mało osób wie, ale w Przemyślu znajduje się największa ilość zakładów, w których, metodami rzemieślniczymi, produkuje się fajki. Kupiłem dwie fajki: jedną z gruszy, a drugą z wrzośca w zasadzie bezpośrednio od lokalnych producentów. Jestem przekonany, że będą one dla mnie miłą pamiątką i okazją do wspomnień z tej wycieczki, kiedy będę kopcił sobie siedząc w Kępie Polskiej tytoń.

Z Przemyśla pojechaliśmy do Krasiczyna, który jest uznawany za jedną z najpiękniejszych rezydencji magnackich na terenie Polski, obok takich miejsc jak Wilanów, Pszczyna, Kozłówka i Łańcut, w którym niebawem się znajdziemy. Krasiczyn uchodzi za kwintesencję tego, co nazywamy magnacką dumą. 

Wieże rezydencji miały prezentować cztery siły rządzące idealnym światem. Jedna jest ofiarowana Bogu, druga papieżowi, trzecia królowi, a czwarta szlachcie Rzeczypospolitej. 

Choć nie zachowały się do dzisiaj oryginalne wnętrza pałacowe, gdyż całe wyposażenie zostało zniszczone i zdewastowane przez Armię Czerwoną w 1939 roku,  to jednak sama architektura budynku zrobiła nie tylko na mnie, ale i na moich dzieciach duże wrażenie. 

Często jestem pytany jak moje dzieci znoszą te zwiedzenie. No cóż, wiele zależy od tego, jak jestem przygotowany do zwiedzania. Jeżeli dziecko wie, że celem wycieczki jest zwiedzanie, to nie jest zaskoczone tym, że się dużo ogląda. Jeżeli dziecko od maleńkości uczy się obcowania z architekturą, ze sztuką, to pewne rzeczy wychodzą naturalnie i łatwiej, ale nie ukrywam bywają chwilę, kiedy są kryzysy.  Dlatego każdy taki dzień jest uzupełniany o lody, ciastka, rozmowy, zgadywanki, filmy tematyczne, konkursy. Wspólne spędzanie czasu, tak, aby to nie był tylko maraton od jednego obiektu do drugiego, ale czas przebywania wspólnie. Rozmowy o tym, co się widzi, jakie to budzi przemyślenia, jakie budzi emocje powodują, że choć dzieci bywają zmęczone pod koniec dnia, tak jak i my, to nie są zniechęcone do tej formy spędzania wolnego czasu, którą jest szwendanie się po Polsce.

Ps. Kiedy piszę te słowa, siedzimy na renesansowym rynku w Jarosławiu, a iluminowane fontanny drgają w rytm Wiosny Vivaldiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.