“Żeby tylko było słychać słowa…”

Naszym gościem jest Zbigniew Żuk. Na rynku ukazała się debiutancka płyta pod tytułem “Żeby tylko było słychać słowa…”.

Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że znamy się od czasów kawalerskich.

To prawda i mam przez to pewną ambiwalencję w sobie. Z jednej strony pewnie rzuciłbym ci się na szyję, gdyby nie ten okrągły stolik, wspominając tamte piękne, odległe czasy. Z drugiej strony spotykamy się w odsłonie zawodowej – jesteś osobą medialną, opiniotwórczą i z tego punktu widzenia to jest zupełnie inna przestrzeń.

W latach 90 grałem w radio twoją twórczość, śpiewane przez ciebie piosenki w zespołach Dla Kasi i Rybich Ościach. Czułem się wtedy kimś ważnym, że mogę prezentować płockie zespoły. Od kiedy się znamy, odkąd pamiętam, zawsze byłeś związany z muzyką. Poza przygodą z wymienionymi zespołami – czy wtedy podejmowałeś jakieś inne muzyczne próby, były jakieś zespoły?

– W tamtym czasie rzeczywiście całe moje życie było związane z muzyką. Poświęciłem moje życie muzyce, łącznie z dobrym, profesjonalnym wykształceniem muzycznym, na które postawiłem w pewnym momencie swojego życia. A poza tym tak, było kilka, ale to bardziej w kategoriach incydentów bardzo króciutkich, które trwały niespełna rok. To były składy, w których próbowałem swoich sił ze swoimi piosenkami.

Wracasz po wielu, wielu latach odważnie ze swoim repertuarem, który przez ten czas trzymałeś w domowych szufladach. Zanim przejdziemy do muzyki – dziękuję, że się odważyłeś i podzieliłeś swoją twórczością. Przyznam, że z ogromną ochotą zabrałem się do słuchania płyty, którą wydałeś własnym sumptem. Zaryzykowałeś. Płyta jest wydana bardzo elegancko, estetycznie, z bogatą książeczką z tekstami, ze zdjęciami, w przepięknej stonowanej grafice, tak, jak zresztą muzyka. Opowiedz coś o grafice i szacie, która jest związana z płytą, którą słuchacz dostanie do ręki.

– Dziękuję za pytanie, bo faktycznie jestem bardzo dumny z tego, że udało mi się dość nieświadomie ogarnąć ten temat. Nie jestem profesjonalnym grafikiem, ale pasjonuję się fotografią i bardzo lubię sięgać do swoich przepastnych dysków i do albumów. Robię bardzo dużo zdjęć, a przez lata nie rozstawałem się z aparatem, stąd też materiał, który mogłem wykorzystać do tej płyty  i grafiki, jakie zaproponowałem do tej płyty. Jedna rzecz – zaoszczędziłem kilka złotych, bo gdybym zlecił to zewnętrznej firmie, to wtedy by to kosztowało, a wtedy te dodatkowe wartości sprawiałyby trudność. Faktycznie, jestem dumny, bo udało mi się w tej płycie zawrzeć prawie tylko moje fotografie, impresje fotograficzne i miejsca, które są mi bliskie – miejsce, w którym mieszkam, fragment domu, w którym pracuję. Dziękuję za te ciepłe słowa. Zbieram ciepłe słowa na temat grafiki, która przemawia do innych. Bardzo się z tego cieszę.

Myślę, że tak, jak treść płyty jest osobista, tak i okłada, i cała szata graficzna. To się bardzo mocno łączy ze sobą i bardzo dobrze. Płyta nosi tytuł „Żeby tylko było słychać słowa…”, zawiera 11 utworów twojej kompozycji i tekstów. To jest autobiograficzna podróż?

– To jest podróż sentymentalna. Czy autobiograficzna? Emocje, które są zawarte w tych piosenkach, pewnie tak. Nie do końca, jeśli chodzi o oś czasu i chronologię, bo są tu starsze i młodsze piosenki. Mistrz Wojciech Młynarski powiedział kiedyś, że piosenka jest jedną z trudniejszych form, bo jest dobra tylko wtedy, gdy jest osobista, czyli szczera, a jednocześnie bardzo wymagająca, bo trudno oddać to, co chce się oddać, mając do dyspozycji zwykle dwie zwrotki i refren.

Co było impulsem do podjęcia trudnej decyzji o wydaniu płyty, wyjściu na zewnątrz?

– To trudne pytanie, nie umiem na nie jednoznacznie odpowiedzieć i chyba musiałbym wrócić do poprzedniego pytania, nawiązują do tego, że jestem muzykiem z wykształcenia i do pewnego momentu całe swoje życie poświęciłem muzyce. Później moje ścieżki z muzyką się rozeszły. Głównym impulsem było to, że patrzy się w lustro i nie sposób zauważyć upływającego czasu i w pewnym momencie człowiek zaczyna sobie zadawać takie brutalne, podstawowe pytania – co po mnie zostanie? Najgorsze, co mógłbym po sobie zostawić, to numer konta bankowego i jego zawartość. Takiej prozy życia nie mógłbym sobie wyobrazić i znieść. Pomyślałem, że mam piosenki, fotografie i wspomnienia biegowe, bo to moje zamiłowania. Pomyślałem, że skoro tych piosenek jest tak dużo, to może warto je spakować w CD i podzielić się w końcu, formalnie, od początku do końca ze światem. I tak też zrobiłem. Drugim równie impulsem była zachęta z usta pani Anny Treter (Fundacja Piosenkarnia), która mnie zaprosiła na festiwal  “Korowód Piosenki Aktorskiej” do Krakowa. Od tego czasu zaśpiewała i zagrałem na kolejnych festiwalach. Podczas tych wszystkich spotkań ze sceną muzyczną, utwierdziłem się w przekonaniu, że płyta powinna powstać

Ładnie przeszedłeś do mojego kolejnego pytania, bo zahaczyłeś o bieganie. Płyta zawiera taką piosenkę „Samotność biegacza”. Nasz ostatni wywiad, jeśli dobrze kojarzysz, dotyczył tego, co nas połączyło, chociaż tego nie planowaliśmy – czyli biegania. Później się okazało, spotkaliśmy się na ścieżkach biegowych zupełnie przypadkiem. Ta płyta zawiera utwór poświęcony naszej pasji, samotności biegacza. 

– Tak, to jest bardzo szczególna piosenka. Początkowo to był biały wiersz schowany głęboko w szufladzie, bez zamierzenia instrumentalizowania go i wkładania w formę piosenkową. Ten wiersz był impulsem i odpowiedzią na pytania, których pewnie sam doświadczałeś w swojej karierze biegowej. Zadaje się biegaczom prawie wyczynowym, długodystansowcom, takie pytania: po co to wszystko, po co te porwane łąkotki, więzadła, po co te zastrzyki z kwasu hialuronowego, po co te masaże i fizjoterapie. Nie potrafiłem nigdy zero – jedynkowo odpowiedzieć, po co to wszystko, więc postanowiłem, że o tym napiszę. Później troszkę przeredagowałem ten tekst po to, żeby się zmieścił w formie piosenkowej i taka piosenka ma miejsce na płycie, pod tytułem „Samotność biegacza”. Bardzo ją lubię, bo to jest odpowiedź na to pytanie – po co to wszystko.

Jedna kwestia mnie zastanowiła. Oglądając płytę, szatę graficzną w barwach i tonacji niemal jednorodną, to zdjęcia i ta ostatnia część książeczki, jest kolorowa i opowiadająca o zupełnie innym świecie.

– Dziękuję, że tak subtelnie czytasz moje sygnały, które są tu na płycie umieszczone. Zrobiłem to z absolutną świadomością, bo reszta materiału jest bardziej w sepii, jest bardziej stonowana. To bieganie się trochę oddziela od reszty tej płyty, bo to trochę inny świat. To jest świat biegacza, to jest świat biegowy. W piosence „Biegnij głową”, której nie ma na płycie, tam kiedyś zrobiłem amatorski klip do tej piosenki i poszedłem w kierunku kolorów, bo bieganie zawsze kojarzy mi się z czymś radosnym, kolorowym, z wychodzeniem z szarości. Może stąd pomysł, by zdjęcia, podsumowujące moje zmagania biegowe, były właśnie kolorowe, nie takie stonowane, jak reszta poligrafii.

Zbyszku, ujęła mnie piosenka „Nic się nie stało”, opowiadająca o podróży dwojga kochających się ludzi. Kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, to trochę pozazdrościłem ci pióra, tego, że możesz w taki sposób o tym opowiedzieć.

– Fajnie, że ta kompozycja trafia do ciebie. Jak większość piosenek, przyszła do mnie nie wiadomo skąd i trzeba ją było przelać na papier. Faktycznie, była impulsem gdzieś pod koniec pracy, a pracowałem wspólnie z moim producentem Marcinem Sakturą ponad 18 miesięcy nad płytą. To było coś, co przyszło pod koniec pracy i, jak to z weną bywa, spływa na człowieka. Pomyślałem, że muszę to z siebie wydobyć i zamknąć w piosenkę, moją ulubioną formę. I jest bardzo osobista, bo kieruję te słowa półżartem do mojej Koleżanki-Małżonki. To trochę ukłon autobiograficzny naszego  małżeństwa, podsumowujący je i to, co przechodziliśmy, to co nas spotkało i jak to wygląda z perspektywy subiektywnej takiego piosenkopisarza jak ja.

Cały czas wracamy do autobiograficznego wątku. Umówiliśmy się, jak otrzymałem od ciebie płytę, że wytypuję z tej płyty singiel, czyli pierwszą piosenkę, która powinna być puszczana w radio. Dla mnie jest to utwór „Nie porzucaj marzeń”, głównie za subtelną melodię, ale przede wszystkim tekst, który tłumaczy, że nagranie i wydanie „Żeby tylko było słychać słowa…” było twoim marzeniem.

– Udało mi się to marzenie zmienić w cel i go osiągnąć, z czego naprawdę się cieszę. Lubię tę piosenkę, bo ona opowiada o prozie życia, że każdy ma marzenie, ale nie każdego stać, by wziąć te marzenia za bary i je zrealizować.

Kontynuując naszą rozmowę, powiem tak, że spodobała mi się linijka tekstu: „To, jeśli ktoś zapytałby, odpowiem: wszystko spoko” z piosenki „Dzięki z góry”. Słuchając jej po raz kolejny, stwierdziłem, że ona opowiada o tobie jako o sobie.

– Dziękuję ci za to, co powiedziałeś, bo to faktycznie trochę taka wizytówka mojej mentalności, czyli patrzenia przez pryzmat możliwości, a nie ograniczeń. To umiejętność przechodzenia przez tę prozę i banał, który nazywamy szumnie życiem. Niektórzy biorą to życie strasznie na serio, a ono tak naprawdę jest piękne, bo jest banalne. Trzeba się urodzić, trzeba iść do szkoły, zakochać się, zrobić studia, założyć rodzinę i umrzeć. To jest piękne. W tej piosence opowiadam o tym, że to podziękowanie dotyczy wszystkiego, co jest częścią składową tego środka pomiędzy narodzinami a odejściem. Również lubię tę piosenkę, bo ta linijka „a jeśli ktoś zapyta mnie, odpowiem: wszystko spoko” to jest taka kolokwialna odpowiedź, ale ona podsumowuje moje podejście, że wszystko do czegoś służy, po coś się zdarza, tylko często brakuje nam czasu na refleksję, do czego nam jest to potrzebne. Na mojej stronie www.zbigniewzuk.pl wyrażam to moją ulubioną maksymą “Siej dobro gdzie popadnie”.

Nadszedł taki moment, że trzeba podziękować. Przy produkcji tej płyty pomogli ci twoi przyjaciele i warto ich było wymienić z imienia i nazwiska.

– Tak, bardzo jestem wdzięczny. Słowo „bardzo” nie jest w stanie wyrazić tego, co czuję, bo czuję ogromną wdzięczność. Przede wszystkim dziękuję osobie, która jest honorowym sponsorem tego wydawnictwa, a więc Wojtkowi Szapielowi, fantastycznemu przyjacielowi, który w 100% sfinansował tę płytę i polubił większość moich piosenek. A więc Wojtek Szapiel i jego fundacja Inventity Fundation, wspierająca polski biznesy. Bardzo dziękuję. Dziękuję również swojemu producentowi i basiście, który zagrał wszystkie partie basowe i perkusyjne – Marcin Saktura. To mój serdeczny przyjaciel muzyczny i nie tylko, bo razem kończyliśmy studia muzyczne. Na płycie występuje także, grając na fortepianie w piosence „Nie budź mnie” Wojtek Krężałek z Krosna, z którym studiowałem też. Łączy nasz ogromna przyjaźń, nie tylko muzyczna. I nie sposób nie wspomnieć fantastycznego Krzyśka Misiaka, z którym łączy mnie całe moje życie muzyczne i który zgodził się przyjąć zaproszenie trochę na zasadzie wzajemności, bo ja mam olbrzymi szacunek do twórczości Krzyśka i jestem zapraszany na każdą jego płytę. Pozwoliłem sobie zaprosić  Krzyśka do aż 3 swoich piosenek, by uświetnił je swoimi solówkami, bo świetnie czuje i rozumie moje piosenki.

www.zbigniewzuk.pl

Pytania zadawał Michał Kublik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.