Listopadowe wnioski
Skupiając się w listopadzie na celebrowaniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, zwykle zapominamy o innej, znacznie mniej znanej rocznicy, przypadającej na ostatnie dni tego miesiąca.
W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku doszło do wybuchu rewolucji w Warszawie, będącej wówczas stolicą Królestwa Polskiego, pozostającego w unii personalnej z Imperium Rosyjskim. Po dwóch miesiącach walk, na mocy uchwały parlamentu, dokonano detronizacji króla Polski i cara Rosji – Mikołaja I – oraz formalnego rozpoczęcia wojny polsko-rosyjskiej. Po jedenastu miesiącach zmagań strona polska skapitulowała, pokonana przez Rosjan, a w ramach represji zlikwidowano niezależność Królestwa Polskiego, włączając jego ziemie bezpośrednio do Rosji. Wydarzenia te nazywamy Powstaniem Listopadowym.
W 1966 roku Jerzy Łojek opublikował książkę Szanse powstania listopadowego. Rozważania historyczne. Z jego pracy możemy wysnuć wniosek, że spośród polskich powstań narodowych – od konfederacji barskiej w 1768 roku po powstanie styczniowe w 1863 – to właśnie podczas zrywu z 1830 roku szanse strony polskiej na zwycięstwo wydawały się największe. Królestwo Polskie dysponowało zawodową armią oraz możliwymi do powołania rezerwami; w budżecie państwa, wzmocnionym reformami ministra Druckiego-Lubeckiego, znajdowała się znacząca nadwyżka; zaś w kraju istniało zaplecze gospodarcze pozwalające na produkcję broni. Także sytuacja międzynarodowa wydawała się względnie korzystna. A jednak przegraliśmy – chciałoby się dodać: jak zwykle.
Dokonując dziś refleksji na temat przyczyn klęski tego kolejnego w naszej historii zrywu przeciwko potędze rosyjskiej, dochodzimy do wniosku, że poza brakiem sojuszników oraz różnicą w potencjale demograficzno-gospodarczym Królestwa Polskiego i Imperium Rosyjskiego, główną przyczyną porażki była niechęć do idei powstania oraz brak wiary w możliwość odniesienia sukcesu militarnego – a w efekcie również politycznego – wśród polskich elit wojskowych i politycznych.
Powstanie wyszło z buntu wąskiej grupy młodych ludzi, niepogodzonych z narastającym zamordyzmem i łamaniem konstytucji przez urzędników służących interesom Moskwy. Polska wyższa kadra dowódcza, wykształcona w napoleońskiej szkole wojny, miała w pamięci ogrom klęski zadanej Napoleonowi przez carską Rosję. Ta nieprzepracowana trauma skutkowała brakiem wiary w sens podjęcia jakiejkolwiek walki. Reaktywność działań dowódców, lęk przed śmiałymi operacjami, a często wręcz kunktatorska postawa uniemożliwiały odniesienie zwycięstw, które mogłyby doprowadzić do sytuacji zmuszającej Rosjan do podjęcia rokowań.
Grupy odpowiedzialne za wybuch powstania bywały określane przez współczesnych jako „zaczadzone romantyzmem”. Zasada „mierz siły na zamiary” jest wyjątkowo złą podstawą do kalkulowania szans wojennych. W ich przekonaniu cały kraj miał tylko czekać na rozpoczęcie walki. Nie wyobrażano sobie, by elity ekonomiczne, polityczne i wojskowe mogły nie zaangażować się w zryw, który – jak wierzono – miał zakończyć się zwycięstwem. Decyzja kilkudziesięciu osób ze spisku podchorążych przesądziła o utracie namiastki państwowości, jaką dawało Królestwo Polskie, a w konsekwencji o fali represji i Wielkiej Emigracji.
Jaka płynie z tego dla nas nauka? Można wskazać kilka wniosków:
- Zanim podejmie się działanie, warto przeanalizować jego możliwe konsekwencje.
- W podejmowaniu decyzji należy kierować się chłodnym rozumem, a nie emocjami.
- Zakładanie a priori, że wszyscy myślą podobnie do nas, jest poważnym błędem.
A z wniosków bardziej szczegółowych, odnoszących się do naszej obecnej sytuacji geopolitycznej, warto podkreślić, że choć powinniśmy być twardzi i stanowczy w relacjach z Federacją Rosyjską, to należy pamiętać, że to my z nią graniczymy – a zatem nasza sytuacja jest odmienna niż Holandii, Włoch czy Czech. Państwa Europy Zachodniej warto zachęcać, by to one szły w pierwszym szeregu, zamiast próbować wyjmować kasztany z ognia naszymi rękami.
Michał Karol Korwin-Szymanowski
